Trójkąt po rozwodzie, czyli nowe Stare Dobre Małżeństwo

DSC00712
0 Flares 0 Flares ×

Stare Dobre Małżeństwo jest w moim życiu od dobrych dwudziestu lat (strasznie to brzmi…). Pojawiło się podczas  krótkiego epizodu harcerskiego, ale w przeciwieństwie do przynależności organizacyjnej przetrwało znacznie dłużej. Zaczęło się od słuchania piosenek przy ognisku, potem były pierwsze kasety – pamiętam jako pierwsze kupiłam „Makatki”. A później nie pozostawało nic innego jak nauczyć się kilku akordów na gitarze, aby móc samodzielnie zdzierać paznokcie i gardło do piosenek Starego Dobrego. Tak zaczęła się moja miłość, która trwa nieprzerwanie do dzisiaj i, piszę to z całą odpowiedzialnością, nigdy nie umrze.

Zdezelowanym rowerem miejskim (na marginesie powoli przestaję być zachwycona tym  rozwiązaniem, bo serwis rowerów pozostawia bardzo wiele do życzenia) docieram w okolice Błoń. Krótki spacer i jestem przed Rotundą. Bez problemu udaje mi się kupić bilet (gdzie te czasy, gdy bilety na SDM rozchodziły się jak ciepłe bułeczki). Wchodzę do środka, w górę po schodach, przystanek na zakup piwa, zajmuję miejsce w piątym rzędzie, blisko estrady.

Każda wizyta w Rotundzie budzi we mnie masę wspomnień. W czasach licealnych spędzałyśmy tu z przyjaciółkami i grupą starszych kolegów każdy piątkowy wieczór. Rockoteka była na stałe wpisana w nasz kalendarz imprez. Czasy czarnych ubrań, glanów i walki o życie na parkiecie okupowanym przez pogujących metali. Ech… pięknie było :)

Sala powoli się zapełnia. Szum rozmów, pytania „czy tu jest wolne?” szukanie znajomych, szuranie krzeseł, rozbite piwo,  ścieranie podłogi, zbieranie szkła.

 

Powoli światło przygasa, szmery rozmów stają się coraz cichsze… na scenie pojawia się trzech panów, z Krzysztofem Myszkowskim na czele. Delikatne brzmienie gitary wprowadza publiczność w rodzaj nabożnego transu. Już nikt nie mówi, nie szura krzesłem, nie porusza się… wszyscy zastygają w ciszy przepełnionej dźwiękami gitary.

„Człowiek jest wynaturzeniem,  kaprysem, nieudanym żartem demiurga. Pozostaje jedynie wierzyć, że dobrego i sprawiedliwego demiurga…”

Już w pierwszych słowach wypowiedzianych do publiczności Myszkowski zapowiada charakter tego koncertu. Tu nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Będzie filozoficznie, z zadumą, w zamyśleniu nad życiem. Takie też są ostatnie płyty SDM. Spokojne, pełne przemyśleń na temat świata i człowieka. Nie ma w nich już gór, radości, kochania. Jest dojrzałość. I przejmujące teksty Jana Rybowicza.

Sprawiedliwości nikt nam nie przyniesie
Ona przyjdzie sama, nieunikniona jak świt
Będą zdarte garnitury z tych, na których wyglądają jak przebrania
Nieukom sprawiedliwość wyjmie z ręki pióro
A włoży w nią miotłę, ich właściwe narzędzie
Gadatliwi głupcy będą kłaniać się z daleka milczącym mędrcom
Jak powinno być, a nie jest.

Jak zawsze jestem pełna podziwu dla Pana Krzysztofa, za jego przepiękną polszczyznę i umiejętność kwiecistego przemawiania do publiczności. Choćby mówił o najpoważniejszych sprawach, potrafi obrócić je w żart. Żart to może nie jest najlepsze określenie. Raczej humor, kpina, ironia…

„Popełniłem własną wersję hymnu narodowego. Ten hymn jest nie do zaśpiewania i tym samym nie do sprofanowania na meczu piłkarskim”.  Rozbrzmiewa Kraj Odwrócony, do słów Rybowicza.

Dalej, utwory z najnowszej płyty – Mówi mądrość. Mądrość życiowa? A może raczej dojrzałość…

„Skrzywdzeni przez Ciebie ludzie domagają się wciąż, rehabilitacji
Już nawet nie ludzie, tylko ich cienie,to była wtedy moja wina, mówisz w pustkę.
I masz nadzieje, że ktoś tam to jednak usłyszy
Rozgrzeszy Cię, uwolni od ciężaru niesławnej pamięci.”

 

Kilkuletnia dziewczynka w rzędzie przede mną powoli zasypia w ramionach mamy. Dziewczyny siedzące obok komentują „chyba wydali nową płytę”. Pojedyncze ziewnięcia, niby ukradkiem, jakby wcale ich nie było, jakby to tylko przypadek, jak to ja? ja wcale nie ziewałem! to tylko głębszy oddech, to tylko ciemno dookoła, ta delikatna gitara, ciepły głos Myszkowskiego i ziewnięcie, jedno drugie, trzecie. Powiedzmy to sobie szczerze – publiczność wydaje się znudzona.

Jest pięknie, jest poetycko, jest filozoficznie. Jest zdecydowanie nie pod publiczkę. I tu dochodzimy do sedna. Bo Stare Dobre Małżeństwo nie jest już takie samo. Po rozwodzie, jest teraz trójkątem. Ze składu zostali tylko Myszkowski i Roman Ziobro. Dołączył do nich na oko znacznie młodszy wszechstronny gitarzysta Bolo Pietraszkiewicz (podczas koncertu doliczyłam się w jego ręku sześciu gitar, w tym chyba nie występującej dotychczas w aranżacjach SDM gitary elektrycznej, która nadała niektórym piosenkom ciekawego charakteru Led Zeppelin z arabską nutą).

W warstwie muzycznej najbardziej brakuje mi Wojciecha Czemplika i jego rzewnie zawodzących skrzypiec. W tekstach… cóż, tak jak pisałam, z tekstów przemawia dojrzałość. To nie jest już grupa młodych facetów, rozpoczynających przygodę z muzyką w latach osiemdziesiątych, dla których ważne były góry i poezja Stachury. To nie są już nawet panowie, których Bieszczadzkie anioły wskazywały drogę wędrowcom. To są dojrzali mężczyźni, rozmyślający nad sensem życia.

Problem polega jednak na tym, że publiczność nie dojrzewa wraz z SDM. Na koncercie nadal przeważają młodzi ludzie, dla których Jak i Czarny blues o czwartej nad ranem są tym, co do SDM ich przyciągnęło. Mam wrażenie, że nowa poetyka zespołu jest przewidziana dla zupełnie innego odbiorcy. Tylko tego odbiorcy na sali jakoś nie widać…

Myszkowski wyczuwa atmosferę na sali. Po kolejnym melancholijnym utworze, nagle… „Jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem…” a sala momentalnie odżywa! To już zupełnie inna publiczność, choć wciąż ta sama. Ludzie klaszczą, śpiewają… Piosenka dobiega końca, a Myszkowski z pewnym zawodem w głosie, ale chyba i z tęsknotą mówi: „te archetypy tak zapadają w pamięć…”

Myszkowskiemu nie pozostaje nic innego jak uraczyć zebranych zestawem najbardziej znanych kawałków. „Świadom praw i obowiązków wynikających z dziedzictwa zespołu…” i płyną po sali dźwięki Zrozum to co powiem. Chłopak siedzący przede mną obejmuje swoja śliczną dziewczynę z długim blond warkoczem…

„Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo, niechybnie brakuje tam nas!” A Myszkowski szydzi z siebie i z widowni „Takie wam funduję karaoke” :)

Przy Bieszczadzkich aniołach sala mruczy razem z zespołem. Przede mną mama tańczy z córeczką, która zdążyła się już obudzić. Młody chłopak wystukuje rytm aniołów na brzuchu swojej ciężarnej żony. To dziecko będzie musiało pokochać SDM, bez dwóch zdań. Jest w ich muzyce jakaś magia…

Po dwóch godzinach koncertu i 40 minutach bisów, Myszkowski ostatecznie stwierdza: „Szczerze mówiąc myśmy już wszystko zagrali!” A ja, się z tym zupełnie nie zgadzam… Panie Krzysztofie, nie wierzę, że to już wszystko. Choć nowe płyty nie wzbudzają takiego entuzjazmu jak wcześniejsze dokonania, to jednak jest w nich „coś”. A publiczność… każdy kiedyś do tego dojrzeje…

 

The following two tabs change content below.

Ostatnie wpisy Marta (zobacz wszystkie)

13 przemyśleń na temat “Trójkąt po rozwodzie, czyli nowe Stare Dobre Małżeństwo”

  1. ~HotelWitek pisze:

    SDM to klasyk. Dzięki za ciekawy komentarz do ich koncertu. Po prostu Ci, którzy wybierają się na SDM nie maja ochoty analizaować swojego życia. Chcą wyłączyć myślenie i zrelaksować się przy fajnej muzyce.

  2. ~Marcin pisze:

    Na ich koncertach od zawsze tak było – pierwsza połowa z nowej płyty. Reszta co co znane i lubiane.
    Może tylko szybciej to co „nowe” w następnych latach stawało się „znane i lubiane”.

    Moje spostrzeżenie jest takie: z tymi „nowymi” tekstami/piosenkami chyba nie jest tak źle. Kiedyś [już dobrych parę lat temu] po kilku latach nieobecności na ich koncertach [do naszego miasta rzadko przyjeżdżają] zawitałem na koncercie. Masa młodszych niż ja widzów śpiewała pełnymi gardłami to czego ja kompletnie nie znałem. Byli chyba z 4 czy 5 płyt przede mną. Ja czekałem na „stare znane kawałki” [mi znane] ale cieszyłem się, że tyle młodszych niż ja przeżywa tę piękną muzykę.

  3. ~Turandot pisze:

    Przeczytałam tekst z niemałą przyjemnością, ale zgodzić się z nim nie mogę. Choć, jak już ktoś w komentarzu napisał, społeczeństwo głupieje, to tej jego warstwy nie widać na koncercie SDMu. Może to magia muzyki, może samego pana Myszkowskiego, że potrafi tę publiczność skupić, nawet nie na sobie, tylko na samym tekście, a potem, wybijając ją z rytmu, wprowadzić w barwę fragmentu instrumentalnego. Ten człowiek robi rzecz fenomenalną – słowu, które ma swój smak, potrafi nadać smak nowy, czasem zupełnie nieznany. Widownia na tych koncertach nie znajduje się przypadkiem, bo takich przypadków nie ma. Jak komuś się nie podoba, to znak, że musi jeszcze dojrzeć. Czy trafił się ktoś, komu bezwarunkowo podobały się wszystkie piosenki zespołu? Nie uwierzyłabym nigdy. Niektóre muszą dać człowiekowi czas, dlatego ta muzyka nie wlewa nam się do domu przez jakąś rozgłośnię. Gdyby tak było, jak napisała Autorka – to ja sama po moim pierwszym w życiu koncercie SDMu już nigdy ponownie bym się na nim nie pokazała. A jednak jestem zawsze, ilekroć Stare Dobre pojawia się w pobliżu i jeszcze śmiem twierdzić, że zmiana w składzie wyszła w tym przypadku na dobre. Chociaż zmiany w samej muzyce od dawna było widać.

  4. ~żeby było jutro.. pisze:

    ML życzę bystrości umysłu i nieustannego rozwoju. To, że nie rozumiesz obecnej twórczości zespołu, to chyba twój problem, że się gdzieś zatrzymałaś… jak to za trudne to są lżejsze formy, nie ma się co katować. Dobrze, że zespół się wciąż rozwija, dla mnie bomba!

  5. ~Ravau pisze:

    Zacznę od tego, że czasem mam wrażenie, że społeczeństwo nam głupieje. Uwstecznia się poprzez to co co serwują tzw.ogólnodostępne media, które karmią tym co lekkie i błahe. SDM robi swoje, choć uważam, iż Pan Krzysztof nie do końca jest szczery w tym co robi, ale taka jest cena obecności na rynku. Czasem na koncertach trzeba coś zagrać pod publikę, zwłaszcza że w mediach czasem usłyszy się „Czarnego bluesa” lub „Jak”,a to co nowe zostaje w czterech ścianach tych co kupili płyty. Ostatni koncert SDMu na jakim byłem to był jeszcze stary skład niedługo przed rozpadem i miałem podobne do Twoich obserwacje. Myślę, że spora część osób przyszła z sentymentu nie znając nowego repertuaru. A najbardziej mnie boli chyba to, że znaczna część ludzi daje karmić się tym co dostaje od mediów,a po prawdziwą poezję, czyli to co powinno być synonimem piękna i wartości, nie siega wcale.

  6. Lunka1969 pisze:

    „Jak biec do końa, potem odpoczniesz, cudne manowce, cudne manowce….
    SDM- kocham ich ( nawet w wersji „trójkątnej”:))

    1. ML pisze:

      każda ich wersja jest wyśmienita :)

  7. ~błąd statystyczny pisze:

    Ja też byłam na koncercie SDM w Rotundzie i jak czytałam powyższy tekst, to miałam wrażenie, że byłyśmy na innych koncertach! Muszę przyznać, że ciężko było mi się przebić przez te wywody ML i dotrwać do końca. Reakcje Publiczności były fantastyczne, również na nowe utwory! Ja się cieszę, że zespół się wciąż rozwija i nie stoi w miejscu. Że nie jest to ten sam zespół co trzydzieści, dwadzieścia lat temu! Że ma do zaproponowania wciąż coś nowego, zaskakującego i wymagającego od Publiczności pochylenia się nad słowem, odkrycia Go i odszukania sensu. Wymaga to oczywiście trudu i wysiłku intelektualnego, wręcz pewnej dyspozycji intelektualnej. Przecież to Poezja, nie muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Jak ktoś Jej nie rozumie – ziewa. Jak ktoś właściwie odczyta, a przynajmniej poszukuje klucza do odczytania Poezji – przeżycia i emocje są nie do opisania. Dziwi mnie, że ludzie, których to przerasta nie szukają przyczyny w sobie, tylko najłatwiej wyrazić opartą jedynie na własnych odczuciach ocenę Artysty i Jego Sztuki. Sztuka nie powinna być krytykowana zwłaszcza przez osoby, które jej nie rozumieją.
    Dla mnie koncert był pięknym niezapomnianym przeżyciem. Nie stoję w miejscu, chcę się rozwijać i wciąż odkrywać Mądrość i podążać ku pięknu! I dziękuję Myszkowskiemu że gra swoje, jest szczery i prawdziwy! Tworzy Sztukę i jeśli Ona komuś jest bliska i potrzebna, niech się nią karmi. A kto uważa, że artysta powinien spełniać „zamówienia” to chyba miejsca pomylił, restauracja jest odpowiedniejsza. Sztuka musi być prawdziwa, płynąć z serca i być wyrazem odczuć i przeżyć artysty, a nie „chodliwym” produktem. Nie ma co się dziwić, że wciąż w granicach błędu statystycznego pozostają ludzie, dla których Poezja to tabletki ze słów….

    1. ML pisze:

      nie ma przymusu czytania :) jeśli było Ci trudno przez to przebrnąć, po co marnowałaś swój czas?
      a następnym razem proponuję czytać tekst ze zrozumieniem, bo to co napisałam w tej notce w ogromnej mierze pokrywa się z Twoim komentarzem. uwielbiam SDM i zawsze tak będzie. ich nowe płyty są inne, ale równie piękne jak stare dokonania. wymagają jedynie więcej skupienia i zastanowienia się nad przesłaniem. tak, masz rację, nie każdy to potrafi. dlatego, jeśli nie widziałaś ziewających ludzi na koncercie, pozostaje mi jedynie pozazdrościć. może powinnam była usiąść w bardziej „świadomej” części sali ;)

  8. ~BABEL pisze:

    …. z wielkim trudem dotarłem do końca tekstu. Najpierw łza zaczęła mi się kręcić w jednym oku a po chwilo już w obu :) myślałem, że jestem jedynym człowiekiem który wie „co to jest” i słucha Starego Dobrego Małżeństwa !!! Moja przygoda z tą poezją rozpoczęła się w 91 r. … byłem w wojsku i ktoś ze znajomych zostawił mi kasetę z tą muzyką. ZAKOCHAŁEM SIĘ :) . Oczywiście na kompanii byłem traktowany jak UFO :) …. ówczesne przeboje jakie słuchali moi koledzy z wojska to „Majteczki w kropeczki” i „Mydełko FA” …. a ja święte wędrowanie… :) :) do dziś bardzo chętnie wracam do tej muzyki ….. hmmmm i do dziś jestem traktowany jak UFO przez najbliższych i znajomych. Teraz już mi to jakoś nie przeszkadza, pewnie z racji wieku ale i ze świadomości, że jak ktoś się w SDM nie zakocha od pierwszego słuchania to już nie zakocha się już nigdy :) (mam nadzieję, że to nie reguła). Czasem chęć posłuchania SDM jest jak przypływ … przypomnę sobie i zaczynam. Tak to się przeradza w „tsunami słuchania” bo trwa miesiąc i nawet dłużej (tylko SDM).
    P.S.
    Nie wiem na pewno ale o Jacku Kaczmarskim też mogli byśmy porozmawiać ;)

    1. ML pisze:

      po pierwszym zdaniu obawiałam się, że komentarz będzie w stylu – „z wielkimm trudem dotarłem do końca tekstu, przestań już nudzić babo” :) cieszę się jednak, że powód trudności w czytaniu był inny :)
      rzeczywiście Twoje zapoznanie z SDM nie przebiegało w najbardziej sprzyjających warunkach.
      o Kaczmarskim… i owszem ;) ale nie tyle co o SDM :)

  9. Bardzo ładnie Piszesz o SDM. I ja do dziś zachwycam się Stachurą w wykonaniu Krzysztofa Myszkowskiego i kolegów. Niemniej nie mogę o sobie rzec, że jestem wyznawcą grupy. Mam parę świetnych nazw w pamięci (King Crimson, Pink Floyd, Yes, Dead Can Dance, Sade, Dżem, Breakout, Grechuta, oczywiście Mozart i jego koncerty fortepianowe, Francois Devienne i jego koncerty fletowe i wiele, wiele…), ale czy mogę o sobie powiedzieć, że jestem fanem? – chyba nie. Ostatnio moją ulubienicą jest Lykke Li. Polecam, zwłaszcza że przyjedzie na koncert w ramach Open’er Festival.

    1. ML pisze:

      widzę, że mamy zbliżone gusta muzyczne :) Lykke Li sprawdzę w wolnej chwili :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Facebook 0 Google+ 0 0 Flares ×